2012|04|28

XIII Konferencja ds. Handlu i Rozwoju

Dr Marek Bańczyk występował w roli eksperta na UNCTAD XIII w Doha (Katar), w ramach Programu Kreatywnej Gospodarki ONZ.

2011|10|26

Start Konsorcjum Marki Poznań

Koncepcję projektu opracował Instytut IKER.

2011|04|05

Miasto Poznań super marką

Miasto Poznań otrzymało nagrodę dla najsilniejszej marki w Polsce, marki konsekwentnie budującej wizerunek otwartej i nowoczesnej metropolii.

PUBLIKACJE » [Metropolia] Metropolia, czyli zagadka nieśmiertelności

Tomasz Achrem, Marek Bańczyk, "Metropolia"
Z wielu stron dobiega do nas rzadko wcześniej używane słowo – metropolia. Kandydaci na prezydentów wielkich miast stosują je w swoich programach – a to „Poznań 2010. Strategia metropolitalna” Marii Pasło-Wiśniewskiej, a to „Warszawa – europejska metropolia” Kazimierza Marcinkiewicza. Ministerstwo Gospodarki zamawia ekspertyzę „Uwarunkowania i szanse rozwoju polskich metropolii”. Planowana jest w naszym mieście budowa centrum handlowego o takiej nazwie. Niesie więc ta nazwa ze sobą pewną pozytywną wartość, do której wielu się odwołuje, bo do niej warto się odwoływać.
Moglibyśmy zacząć od etymologii tego pojęcia. Pisać, że słowo to pochodzi z greki, gdzie μητρόπολις = metrópolis to "miasto macierzyste, stolica", od μήτηρ = méter "matka" + πόλις = pólis "miasto"). Moglibyśmy podać rys historyczny, opinie ekspertów i biegłych w piśmie. Tylko po jakiego diabła? Nie to nas interesuje. Zajmuje nas współczesność. To, co metropolia oznacza dziś. Zajmuje nas przyszłość. To, co metropolia znaczyła będzie jutro. Nie jesteśmy muzealnikami, odkurzającymi nikogo nie interesujące eksponaty, tylko kuratorami idei przyszłości. Zresztą definicji nie warto przytaczać. Tworzyć własne – oto co warto!
Metropolia to wielość potrzeb. Są podobno ludzie, którzy pracują na okrągło. Znamy kilku takich. W nielicznych wolnych chwilach tęsknią za domkiem na skraju lasu, bursztynowym świerzopem i gryką jak śnieg białą. Wystarczy jednak weekend na ściance, a czasem nawet dwa gemy w squasha i dziękują sobie samym, że żyją w sercu wielkiego miasta. Zresztą mieszkanie w domku pod lasem ma setki zalet. Ale tylko pod warunkiem, że las znajduje się w suburbium metropolii. Cóż bowiem takiego dzieje się w wielkim mieście? Co to jest metropolia? To miejsce, w którym tętni życie współczesnego świata. Powstaje ożywczy ferment. Wymiana poglądów. Ścierają się style życia. Tu przede wszystkim pracować można kreatywnie, nad sprawami ciekawszymi niż skup buraka cukrowego. Tu też za taką pracę można dostać lepsze pieniądze. W prowincjonalnym mieście nie ma białych kołnierzyków – tu jest ich legion. Dobre zarobki – to większy fundusz swobodnej decyzji. Dlatego tu pracuje przemysł czasu wolnego. W metropolii kwitną kluby, restauracje, galerie, kina, teatry, opera. W metropolii „jest gdzie pójść”, „jest co robić”. W metropolii nie męczy przeświadczenie, że do końca życia niewiele się zmieni i będziemy do tej samej pracy dojeżdżać tym samym tramwajem. Wolimy metropolię, bo nie jest zaspana, bo tu się udaje, bo tu się uda. Tu nawet najbardziej niszowe przedsięwzięcie znajdzie dla siebie miejsce. Nowe idee powstające w metropolii, jak po koralach tybetańskiej mali, płyną po metrosieci – od jednej metropolii do następnych. Dopiero po pewnym czasie, przemielone i ugłaskane trafiają w formie pauperum na prowincję, poza metrosieć. To, co dziś nosi londyńska ulica, pojutrze założą warszawskie gwiazdy i tańczący z gwiazdami.
Metropolia to wielość ludzi. Punki i fani Ałły Pugaczowej. Przyjezdni z Nowej Zelandii i przybysze z Nowego Tomyśla. Przedsiębiorcy i zwolennicy życia na garnuszku państwa. Squatersi i AIESEC-owcy. Stali bywalcy galerii malarstwa i stali bywalcy galerii handlowych. Metropolia zasysa bowiem wszystkich. Zasysa szukających lepszej szkoły z podmiejskiej gminy. Zasysa szukających lepszej uczelni z sąsiedniego województwa. Zasysa szukających lepszej pracy z drugiej strony kraju. Zasysa turystów z końca Europy. Zasysa chętnych na nową filię swojego przedsiębiorstwa nawet z antypodów. Nawet w wydawałoby się sztywnym i zamkniętym Zurychu nietrudno spotkać różnych ludzi. Jak w reklamie United Colors of Benetton. Mali i duzi, żółci, biali, różowi. Zresztą, nie chodzi tylko o rasę. Swobodny przepływ i możliwość osiedlania się to nie tylko zabawka dla poszukiwaczy azylu politycznego. W Genewie można się natknąć na Polaka, Baska, Francuza czy Szkota. I różnych Helwetów. Lizbona z kolei jest szczególnie bogata w różne odcienie czerni i brązu. To znaczy można tam spotkać wielu AfroPortugalczyków albo rdzennych Mozambijczyków, Angolańczyków, Brazylijczyków i inne pokolonialne ciekawe mieszanki krwi. Można spotkać kompletnych obiboków albo specjalistów różnych dziedzin, w różnym wieku. Głupszych i mądrzejszych. Rozkład losowego prawdopodobieństwa pokazuje, że z niektórymi z nich prędzej czy później się spotkasz bez względu na to czy chcesz czy nie. Najpierw w szkole, potem w pracy. I w ogóle w życiu. Ktoś ci poda upuszczone klucze. Ktoś pomyli adres i zadzwoni właśnie pod twój numer. Z kimś się zetkniesz podczas stłuczki na drodze. W zamkniętym małym mieście też się to zdarza, ale podają klucze albo dzwonią pomyłkowo mniej więcej ci sami ludzie. Tak samo się uśmiechają i klną. W metropolii przekrój ludzi, z którymi trwale lub epizodycznie złączy cię los, jest bardzo szeroki. W ten sposób od dzieciństwa otwierasz się na nowości i uczysz się zarówno przyswajać inne argumenty, jak i bronić swojej odrębności. Zyskujesz bardzo szeroką gamę nowych doświadczeń. W autarkicznym ośrodku, gdzie wszyscy są tacy sami, teoretycznie możesz zgromadzić duże bogactwo materialne. W metropolii niekoniecznie żyjesz na wyższym poziomie materialnym (choć często tak jest), ale na pewno żyjesz ciekawiej. Jesteś bardziej. I jesteś przygotowany bardziej do działania w nowych sytuacjach, w zaskoczeniu. Tresowane ciągłym kontaktem z czymś nowym neurony lepiej sobie radzą.
A u nas? Czy akademickie funkcje Poznania przekraczają granice lokalności? Studiuje u nas ponad sto tysięcy młodych ludzi, ale nie ma prawie w ogóle studentów zagranicznych. Nie zachęcamy Ukraińców, Niemców, Litwinów, Rosjan, Słowaków, Austriaków, Węgrów, żeby z naszym miastem łączyli swoją przyszłość. Pierwsze działania podjął Wrocław. Od grudnia 2006 miasto rozpocznie kampanię reklamową na zachodniej Ukrainie. Wspólnie z uczelniami technicznymi i największymi pracodawcami będzie nakłaniać ukraińskich studentów do nauki i osiedlenia się na Dolnym Śląsku. Czy wykorzystujemy podobne szanse?
Metropolia to wielość stylów życia. Tu nikogo dziwny człowiek nie dziwi. Metropolia to wielość stylów architektury. Obok modernistycznej perełki stanąć może pseudohistoryczny kredens i nikt nie poczuwa się do konieczności podłożenia podeń bomby. Wielość sztuk walki, jakie trenować można pod okiem wielu sensejów. Kopenhaga i jej architektura i wnętrza. Królewska powaga i ornamentacja i czarny diament ostrej nowoczesności. Schronisko młodzieżowe zaprojektowane tak, że ściąga mnóstwo gapiów i turystów z aparatami, jakby było wielką rzeźbą. Co działoby się gdyby szefem PTTK był Philippe Starck?
Jedna z pierwszych rzeczy, która porusza po przyjeździe na przykład do Canberry, to feeria smaków i zapachów. Libańskiej baraniny, indonezyjskiego smarownego ryżu, tureckich kebabów. I steków z kangura. I zapachów: indyjskie kadzidła, drzewo sandałowe i Christian Dior. Spalenizna ulicznych grillów i odświeżacze w bankach. Metropolia smakuje. Smakuje i pachnie. Na różne sposoby. Nie chodzi tu tylko o sushi. Chodzi również o to, żebyśmy się nie wysushili duchowo. W metropolii mamy do dyspozycji mnóstwo możliwości, również gdy idzie o pokarm dla ducha. Weźmy Düsseldorf. Niby Zagłębie Ruhry. Niby kojarzy się przemysłowo. Ale muzea sztuki nowoczesnej i współczesnej K20 i K21 należą do światowej czołówki. Nie sposób się nudzić, nawet, jeśli ktoś nie jest zaciekłym fanem tego rodzaju rozrywek. W Kopenhadze mamy do wyboru najlepsze teatry, muzea i światowej sławy wesołe miasteczko. W Helsinkach pulsuje niezwykła scena muzyczna i świątynia nowej sztuki Kiasma. Discopolowy poeta napisałby w tym miejscu smaki, kolory, dźwięki na wyciągnięcie ręki. Z kolei Pan Cogito powiedziałby: metropolia to kwestia smaków. Ich wielości i bogactwa. Owoce metropolitalnej mieszanki etniczno-kulturowej są unikalne, soczyste. Tylko rwać. Tylko się delektować. Moglibyśmy dodać bogactwo religijne, ale nie dodamy. Boga w rozważania metropolitalne nie będziemy mieszać, a o architekturze mówimy gdzie indziej.
Masa krytyczna i cząstki elementarne
Nasyciwszy zmysły i bardziej wysublimowane potrzeby, często popadamy w apatię. Odtrutką na to jest tylko zaangażowanie w jakąś porywającą ideę. Każdy to prędzej czy później przechodzi. Szukamy wtedy czegokolwiek byle mieć poczucie sensu. Na pierwszy rzut idą z reguły akcje humanitarne. Albo opieka nad bezdomnymi psami. Człowiek ma zaszczepioną potrzebę, żeby upajać się narkotykiem działania ideowego. Żeby tworzyć nowe idee. Czy metropolia mu w tym pomaga? Po fuzji Lecha z Amicą, która de facto oznaczała upadek tej drugiej marki, nawet niepoznańscy komentatorzy sportowi, na co dzień niekoniecznie nam przychylni, cieszyli się, że wielka piłka wraca do wielkich miast. Można było w pierwszym odruchu krnąbrnego umysłu zapytać: a właściwie dlaczego? Niby dlaczego wielki sport ma być w wielkich miastach? Nie tylko sport. A nauka? Dlaczego nie można otworzyć uniwersytetu na przykład w Bolesławcu? Albo w Kamieniu Pomorskim? Brak danych statystycznych, że na prowincji rodzą się gorsi piłkarze niż w wielkim mieście. Podobnie, brak danych, że w małym mieście ludzie są statystycznie głupsi, niż w dużym. Więc czemu nie jest nam wszystko jedno? Czy nie powinniśmy promować właśnie dużych instytucji w Bolesławcach i Kamieniach? Tak dla równowagi? Czy nie powinniśmy bronić Amic przed Lechami?
Odpowiedź brzmi: nie. Bo co? Bo powolne neutrony. Uzasadnienie jest stricte nuklearne. Małej bomby atomowej nie ma. Albo jest kilogram uranu i reakcja łańcuchowa zajdzie, albo jest mniej i nie zajdzie. W ogóle. Nie – słabiej albo wolniej. Po prostu w ogóle nie wybuchnie. Podobny mechanizm występuje w innych zjawiskach: poniżej pewnej masy krytycznej coś się nie dzieje. A takie instytucje jak wielkie kluby piłkarskie czy uniwersytety od czasu do czasu potrzebują geniuszy. W małych skupiskach ludzkich jest po prostu za mała szansa. Jeśli jeden geniusz rodzi się na 10.000 ludzi, to im więcej ludzi mieszka w danym mieście, tym większa szansa. Ale to nie wszystko, gdyby tak było wygrywałyby miasta największe, co nie jest prawdą. Istotna jest bardziej zdolność metropolii do przyciągania samych idei oraz szybkość ich przepływu, a nie – tylko nośników idei, czyli ludzi. Idee mogą pochodzić od ludzi mieszkających z dala od metropolii, ale pozostających z jakichś powodów w ścisłym z nią związku. Bardzo intensywna wymiana z otoczeniem, czyli napływ i odpływ nowych ludzi rekompensuje niedostatek liczby ludności mniejszym metropoliom. Poza tym różnorodność ludzka w metropoliach działa jako dodatkowy sprzymierzeniec zjawiska: zwiększa rozpiętość pomiędzy sposobami myślenia, a więc – zwiększa szanse na wygenerowanie genialnych idei. To tłumaczy, dlaczego z metropolii płynie postęp świata. To tłumaczy, dlaczego wspaniałe cywilizacje oznaczały najczęściej wspaniałe miasta (oprócz może Egiptu, który zamiast wspaniałych metropolii pozostawił po sobie wspaniałe nekropolie szpiczaste, znane z pocztówek - taka black-metalowa wersja wizji rozwoju miasta). To tłumaczy, dlaczego firmy badawcze najczęściej nie lokują się na wsiach, gdzie miałyby przecież więcej spokoju i możliwości skupienia. Tylko w odpowiednio dużym skupisku idei, mogą powstać, okrzepnąć i nabrać blasku wielkie pomysły. Konieczna jest tutaj ich duża liczba i ostra konkurencja. To zdarza się tylko w otwartych metropoliach. W końcu Erazm był z Rotterdamu, a dynamit wymyślił niejaki Alfred Nobel z Oslo.
Zamknięte ośrodki pożywiają się ciągle same sobą, co wtórnie pogarsza ich szanse na wyrwanie się z izolacji, i tak dalej. Dlatego, w momencie, w którym losy miasta nie są przesądzone, przegapienie szansy na metropolizacje może dużo kosztować. Potem już działa zwykłe sprzężenie zwrotne dodatnie: im bardziej, tym bardziej. Im gorsza pozycja, tym trudniej się rozwinąć i tym gorsza pozycja. Wyjeżdżają ludzie, bo nie ma możliwości, a nowych możliwości nie będzie, bo ludzie wyjechali. Centrale firm się wynoszą, a skoro się wynoszą, to inne nie przychodzą, więc obsługujące je podmioty nie mogą wyżyć. I padają. I kolejne centrale się wynoszą. Znany obrazek. I odwrotnie. Im lepsza pozycja, tym łatwiejszy rozwój i mniejsze prawdopodobieństwo obsuwy w hierarchii miast. Sukces przyciąga nowych przybyszów, centrale firm, instytucje, które na zasadzie samospełniającej się przepowiedni współtworzą jeszcze większy sukces, co przyciąga następnych przybyszów, idee, kapitał itp. Jest o co walczyć.
No dobrze, ale nawet jeśli metropolie lepiej się rozwijają, to co? Właściwie po jaką cholerę miasto ma w ogóle się rozwijać? Czy musi? A nie mogłoby sobie tak zostać na poziomie, na którym mu dobrze? Ekscentryczny syfilityk, znany światu jako Friedrich Nietzsche, lubił wyśmiewać manię przypisywania pojęcia „rozwoju” różnym zjawiskom. Uważał ją za antropomorfizację. Czy to, że człowiek rodzi się w postaci wrzeszczącego pomarszczonego maleństwa, a potem rozrasta do rozmiarów, powiedzmy, Wladimira Kliczko, musi znaczyć, że jakieś ludzkie wymysły typu miasto też muszą się tak zachowywać? Może i nie muszą. Rzecz w tym, że ludzie prawdopodobnie podświadomie dążą do tego, żeby z takimi rozwojowymi mechanizmami miejskimi łączyć swoje losy.
Nałóżmy na siebie wielości, które są cechą charakterystyczną metropolii: różne śmigające typy ludzkie, smaki, kolory, zapachy, style życia, typy architektury, wnętrza, formy, idee. Otrzymamy fascynującą wielowymiarową przestrzeń. Liczba punktów w takiej przestrzeni jest ogromna. W takim ujęciu metropolia będzie stanowiła skończony zbiór możliwości realizacji własnego ja. Skończony, ale prawie niewyobrażalnie wielki. Jak w Cząstkach elementarnych Houllebecqa. W takiej przestrzeni dopiero pełnego sensu nabiera pojęcie wolności jednostki. A także – wolności dowolnie skonfigurowanych dwójek czy innych układów. Jesteś prawdziwie wolny dopiero wtedy, gdy możesz się stać tym, czym chcesz się w danym momencie życia stać. Metropolia tego oczywiście nie gwarantuje, ale znacznie przybliża. Nawet jeżeli liczba teoretycznych wariantów znacznie przekracza nasze praktyczne możliwości, i tak wolimy je mieć. Istnienie tzw. wartości opcyjnych (option values) jest udowodnione w ekonomii. Wolimy jechać do miasta, w którym jest 100 ciekawych rzeczy, a nie – 10, nawet jeśli mamy czas tylko na 5. Zabieramy ze sobą tyle ubrań ile mieszczą walizki, a nie tyle – ile zużyjemy w ciągu 4 dni podróży. Pragniemy alternatywy. Metropolia przybliża nam świat prawie nieskończonej ilości bytów alternatywnych. Pamiętajcie ile może się zdarzyć jednemu Bloomowi w ciągu jednego dnia w samym tylko fragmencie Dublina. A takich fragmentów jest ze czterdzieści i sam Joyce nie wie, co się w nich mieści.
Metrosieć a fetysz wielkości
Szkoda, że to wszystko, co piękne dotyczy jedynie wielkich miast. Megalopolis takich jak São Paulo, gdzie drapacze chmur ciągną się po horyzont. W Polsce nie narazimy się na uśmieszki politowania, gdy powiemy, że metropolią jest Warszawa. Wprawdzie miejscami kulawą i siermiężną, jednak jej metropolitalności nikt nie kwestionuje. Udało jej się to jednak także za cenę ograniczenia funkcji metropolitalnych innych miast – Poznania, Krakowa i Wrocławia. Wzrost i rozwój państwa generują wielkie miasta. Regiony potrzebują silnych stolic. Polska może się dziś wybić na sześć, najwyżej osiem metropolii. Większość miast wojewódzkich i tak metropoliami nie zostanie, gdyż nie są w stanie podjąć międzynarodowej rywalizacji. Taką rywalizację podejmuje Kraków, Poznań, Wrocław. Mają jednak mocno pod górkę, bo reforma administracyjna odbyła się w dużej mierze ich kosztem. Państwo reformowano z hasłami decentralizacji, ale w istocie prawie wszystkie funkcje metropolitalne skupiono w Warszawie. Obserwujemy jak interesy portu lotniczego w Warszawie oraz „narodowego przewoźnika” sprawiły, że ograniczano znaczenie lotnisk w Krakowie, Poznaniu czy Gdańsku. Media ogólnokrajowe przenoszą się do Warszawy. Z Poznania uciekł tygodnik „Wprost”, z Krakowa „Przekrój”. Media lokalne podupadają. To bizantyjskie w istocie zjawisko najłatwiej ocenić, konfrontując je z sytuacją w Niemczech. Frankfurt, Monachium, Kolonia, Hamburg posiadają komplementarne do Berlina funkcje metropolitalne. Najpopularniejsze dzienniki ukazują się we Frankfurcie – „Frankfurter Allgemeine Zeitung” oraz w Monachium – „Süddeutsche Zeitung”. Popularna telewizja RTL nadaje z Kolonii. Trybunał Konstytucyjny mieści się Karlsruhe, a siedziba banku centralnego we Frankfurcie. Ważne centra targowe to Hanower, Düsseldorf, Monachium, Kolonia, Frankfurt, Hamburg i gdzieś dopiero Berlin. W Polsce jest Warszawa, a później długo, długo nic. Końca nie widać. Urzędy centrale, jak w Bizancjum, lokuje się w Warszawie. Tam też wolą pracować prezesi wielkich firm i przenoszą do Warszawy centrale, bo tylko tam można coś „załatwić”. To czego nie ma w mediach – nie istnieje. Tymczasem lokalne ośrodki telewizji publicznej obumierają. Ważne jest tylko to, co dzieje się w stolicy. Media pasjonują się rywalizacją o fotel prezydenta stolicy, nie zauważając ciekawszych często zmagań w Poznaniu. Aż dziw bierze, że recenzujący polskie media miesięcznik „Press” nadal ukazuje się w stolicy Wielkopolski.
Znaczna część budżetów polskich miast to subwencje – scentralizowane państwo ciągle manifestuje swój brak zaufania do samorządów. Zamiast zostawić w nich więcej pieniędzy z podatków, wpierw je zabiera, a później łaskawie rozdaje. Jeśli wielka fabryka pracuje w Łodzi, a prezes i księgowość w Warszawie, to na podatkach zarabia Warszawa. Dobrym pomysłem byłyby udziały samorządów w podatkach pośrednich – VAT i akcyzie. Tam, gdzie jest konsumpcja, zostają podatki. Taki model funkcjonuje z powodzeniem w Hiszpanii. Miasta, takie jak Barcelona, Walencja czy Bilbao to dla nas wzory rozwoju. Oczywiście w Poznaniu nadal odbywać się będą targi, a w Gdańsku będzie port. Kraków będzie ośrodkiem kultury i turystyki. Dzięki znakomitym wynikom ekonomicznym, rozwijającej się gospodarce, Międzynarodowym Targom Poznańskim miasto jest często nazywane gospodarczą stolicą Polski. Jednak ta siła oparta jest na archaicznej strukturze – dominuje przemysł, a nie usługi dla firm.
A właściwie dlaczego nie? Dlaczego Poznań nie jest, nie był, czy nie będzie metropolią? Staniemy chętnie na udeptanej ziemi i udowodnimy każdemu, że był, jest i będzie. Poznań BYŁ metropolią. Tu Mieszko I w 966 roku przyjął chrzest i miasto stało się jego stolicą. W 968 roku swą siedzibę umieścił tu Jordan, pierwszy biskup Polski. Tu swoją siedzibę miał Przemysł II, który zjednoczył Polskę pod swoim berłem po rozbiciu dzielnicowym. Pod panowaniem pruskim była to jedna z siedzib cesarza. W okresie międzywojennym działało w Poznaniu 480 restauracji w obsługą kelnerską. Według relacji poety z tamtych pięknych czasów – Poznań to miasto burdeli, knajp i kabaretów. Peerelowski liszaj niestety pokrył miasto i odebrał mu wiele uroku, a przede wszystkim Warszawa zawłaszczyła wiele metropolitalnych funkcji. Poznań JEST metropolią. Jakkolwiek – jest metropolią in the making. Świadczy o tym choćby nasz magazyn. Szczególnie, gdy przegląda się go przy koktajlu w Coffee’llyi, słuchając Luomo w klubie SQ czy pijąc świeżo warzone piwo w Brovarii. Ale na poważnie – Poznań spełnia wiele funkcji ponadregionalnych, jako ośrodek targowy, przemysłowy, naukowy, akademicki, kulturalny, węzeł transportowy. Nasze miasto jako jedyne chyba w Polsce ma prawdziwe suburbium zróżnicowane pod względem funkcjonalnym, i co najważniejsze, tak samo bogate jak główna aglomeracja (w powiatach okalających Kraków ponad 50% ludności to rolnicy, wokół Poznania zaledwie 10%). Tak naprawdę Poznań i jego suburbium to jeden organizm miejski, w którym mieszka około 850 tys. ludzi. Domów wolno stojących w podpoznańskim suburbium w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców buduje się u nas więcej niż w jakimkolwiek mieście w Polsce, uwzględniając też Warszawę. Mamy bogaty i zróżnicowany sektor kultury oraz coraz bardziej aktywną młodą scenę artystyczną. Dzięki Międzynarodowemu Festiwalowi Teatralnemu Malta, Poznań jest ważnym punktem na kulturalnej mapie Europy. Na stadionie przy Bułgarskiej atmosfera panuje jak na Lidze Mistrzów. Ale jednak Poznań dopiero BĘDZIE prawdziwą metropolią. Potrzebujemy do tego jeszcze gry Kolejorza w Lidze Mistrzów; ogólnopolskiej gazety, radia bądź telewizji; targów dizajnu na MTP; a przede wszystkim miejsca w ważnych rankingach i w świadomości inwestorów.
Ponieważ zbliżamy się do końca, czas na odkrycie kart. Odkrywaliśmy kolejne odsłony życia metropolitalnego na przykładach wielkich miast Europy i świata. W zasadzie – na niby. To znaczy: one wcale nie są takie wielkie. Poderżnijmy wreszcie gardło raz na zawsze centralnemu mitowi urbanistycznemu: fetyszowi wielkości. Liczba mieszkańców nie jest wymiarem metropolii. Oczywiście, mówimy o pewnych zakresach. Metropolie 500 - osobowe obecnie nie występują w przyrodzie. Ale w obrębie powyżej 150-200 tysięcy wszystko jest możliwe. Zresztą miasto miastu nierówne. Z całym szacunkiem, 700-tysięczne miasta w Chinach, Indiach czy w Rosji potrafią być wielkimi wsiami, natomiast tej samej wielkości Frankfurt nad Menem pełni funkcje metropolii na najwyższym światowym poziomie zarezerwowanym dla ledwie kilku miast. Między nimi jest kilka poziomów różnicy, mimo zbliżonej liczby ludności. Ważne są funkcje miasta i jego stopień powiązania z siecią innych miast na świecie. Ta druga cecha stanowi o szybkości i częstotliwości przepływu ludzi kapitału i idei. Można to odnieść w dalekiej analogii do piłki nożnej. Sprawnie grająca „z klepki” drużyna nawet w niedowadze może wysoko pokonać ociężałą statyczną drużynę grająca w przewadze liczebnej. Sieć metropolitalna to właśnie taka globalna gra ofensywna z pierwszej piłki. Liga Mistrzów. Miasta, które wymieniliśmy są metropoliami różnych poziomów. Analizą metropolitalności w tym nowoczesnym ujęciu nie zajmuje się jedna dyscyplina naukowa. Badania nad mechanizmami metropolitalnymi w dobie globalizacji integrują między innymi klasyczną urbanistykę, ekonomikę przestrzenną, geografię ekonomiczną, ekonomię kultury, marketing terytorialny, pewne dziedziny prawa i administracji, naukę o systemach, makroekonomię, etnologię i socjologię. Najbardziej zaawansowaną analizą sieciową metropolii zajmuje się obecnie globalne konsorcjum badawcze kilku uniwersytetów opatrzone kryptonimem Globalization and World Cities.
Dlatego właśnie pytanie o Poznań w grupie metropolii wcale nie jest głupie. Niedowiarkom kierującym się mimo wszystko liczbą mieszkańców zafundujemy teraz mały szok, tak dla higieny umysłu. Spójrzmy na miasta dotychczas przez nas wymieniane. Te wszystkie Zurychy, Frankfurty, Lizbony, które normalnie powodują, że kładziemy uszy po sobie i mówimy: no tak, wielkie miasta. O ile większe są od Poznania? Frankfurt nad Menem jest większy, ale w tej samej klasie. Podobnie Sztokholm. Nieco większy jest Rotterdam. Düsseldorf jest minimalnie mniejszy od Poznania, Helsinki i Lizbona jeszcze mniejsze. A Kopenhaga? Jak obstawiacie, którzy byliście w tych stronach? Pudło. Też jest mniejsza. Zurych? Również. Zaraz, a Dublin? Wyraźnie mniejszy. To samo stolica Australii - Canberra. No dobra, a Genewa, jakby nie było siedziba światowych central organizacji międzynarodowych? No fakt, Genewa nie jest mniejsza od Poznania. Genewa jest DUŻO mniejsza, formalnie rzecz biorąc – prawie trzykrotnie. Naprawdę nie ma się czego bać. Mówimy oczywiście o granicach administracyjnych samego miasta. To, jak promieniują te miasta na otoczenie, jak przyciągają ludzi, kapitał i idee to już inna sprawa. Właśnie takie przyciąganie jest nabytą cechą metropolii. Cechą, którą można budować. Taką zdolność magnetyczną chcemy zbudować w Poznaniu. Jest to możliwe i bliższe teraz niż na przykład 30 czy 300 lat temu. Niemniej – wymaga bardzo jasnej i ambitnej wizji i nieustannego rozpalania apetytów na ciekawsze życie. Tylko tak można się na dłuższą metę zmotywować do wysiłku.
Takiego Poznania chcemy. Mówimy „metropolia” – myślimy „Poznań”. Mówimy „Poznań” – myślimy „metropolia”. Taki Poznań będziemy współtworzyć naszym magazynem. Czym jest magazyn „METROPOLIA”? „METROPOLIA” bada współczesne życie poprzez dizajn, architekturę, projektowanie wnętrz, produktów, planowanie urbanistyczne, ochronę dziedzictwa. Tematy obejmują szeroki zakres pojęć: od tkanki urbanistycznych powiązań wielkiego miasta, przez intymność wnętrza miejskiego apartamentu po detal w projekcie graficznym. W poszukiwaniu, dlaczego dizajn zdarza się w taki a nie inny sposób, „METROPOLIA” przygląda się ekonomicznym, środowiskowym, socjologicznym, kulturowym, politycznym i technologicznym kontekstom. Poprzez swoją innowacyjną stronę graficzną i edytorską aż po swój prowokacyjny głos „METROPOLIA” pokazuje na jak wiele sposobów możemy zaprojektować nasz świat. Nie traktujemy miasta jak pejzażu, nie traktujemy dizajnu jak pokazu mody, nie traktujemy sztuki jak kolejnego wernisażu z czerwonym winem. Wchodzimy głębiej. Docieramy do istoty rzeczy.
Antidotum na lęk
Co czeka na mecie? Moglibyśmy podsumować te wszystkie style, smaki, poszerzone granice, pełną wolność samorealizacji. Ale największą korzyść metropolii można oddać bez streszczania poszczególnych akapitów. Krócej i wymowniej. Metropolia, ze swoją przestrzenią bytów wielokrotnych daje nam po prostu możliwość życia wielokrotnego. Podobnie jak kino, tylko że w realu. Jim Morrisson twierdził, że podstawą sukcesu kina jest lęk człowieka przed śmiercią. Każdy więc chce się nażyć, ile wlezie, nawet jeśli to życie podglądane. Metropolia działa podobnie, tylko bardziej namacalnie, sugestywnie, realnie. W ciągu własnego jednego życia możemy zrealizować wielokrotność wegetacji na prowincji. Przez to też w metropolii jest bardziej niebezpiecznie niż w kinie, nie ma przycisku off. Ale w metropolii - wbrew pozorom - właśnie dlatego czas płynie wolniej, więc mamy go więcej do dyspozycji. To jest to samo zjawisko, które niezależnie od siebie upubliczniali Albert Einstein i ludzie spod znaku Lonely Planet: im szybciej się poruszasz, tym młodszy pozostajesz. Dylatacja czasu. Einstein koncentrował się na abstrakcyjnych eksperymentach myślowych w przestrzeni kosmicznej, Lonely Planet woli bardziej namacalne klimaty podróży z plecakiem na przełaj odległych zakątków świata. Po prostu więcej dzieje się w jednej sekundzie, minucie, godzinie, dlatego naszpikowana wydarzeniami godzina zajmuje dużo miejsca w pamięci i dlatego po mniej więcej tygodniu dobrej podróży backpackerskiej wydaje się, że miesiąc za nami. W nudnej jednostajnej pracy typu …. (sami sobie wpiszcie) nie pamiętamy, czy coś zdarzyło się siedem, jedenaście czy dwadzieścia cztery tygodnie temu. Godziny są nikłe, miałkie i prawie jednakowe, sprasowane na płask i upchane ciasno na półkach w mózgu, zlewają się. Podobnie jest w miejscu, które nic specjalnego nie oferuje. Tylko sączy się, toczy i tuczy w własnym sosie. W takich miejscach życie trwa pięć minut. W metropolii życie wydłuża się wprost proporcjonalnie do gęstości i różnorodności zdarzeń.
Metropolia to nie metro zamiast roweru. Metropolia to antidotum na lek przed śmiercią. To życie wielokrotne, czyli krok w stronę nieśmiertelności. Metropolia ucieka śmierci.

© Design by Besquare | powered by Design`94.pl